Everest Base Camp Trek- Dzień 1

utworzone przez | Kwi 12, 2014 | Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Phakding 2600 m.n.p.m.

Dziś minął pierwszy dzień na szlaku. Wstaliśmy o czwartej rano po trzech godzinach snu – w moim przypadku raczej wątpliwej jakości – z powodu infekcji zatok, która nabierała rozpędu. Zanim poszedłem spać wypisałem kartki do bliskich mi osób, zapakowałem rzeczy do wora podróżnego i do plecaka. Właściwie od piątej godziny po wylocie z Polski zacząłem się słabo czuć. Podróż, która trwała ok. 26 godzin na pewno nie pomogła, więc kiedy już wszystko miałem przygotowane, a mój współlokator spał, poszedłem pod długi, gorący prysznic(prawdopodobnie ostatni raz w najbliższych tygodniach). Już pod prysznicem leciało mi z nosa jak z hydrantu, ale naszprycowałem się aspiryną, po czym prawie pełnym snem, pocąc się obficie, przewegetowałem do czwartej rano. Wstałem czując się marnie, ale jeszcze nie tragicznie. Udaliśmy się wszyscy do busa, by razem z przewodnikiem pojechać na lotnisko. Warunki pogodowe sprzyjały, więc szybko udało się wylecieć (tutaj nie jest to wcale takie oczywiste. Bywa że po odprawie, na wylot czeka się pól dnia, czasem cały, a niekiedy nawet kilka dni)

Godzina lotu przeniosła nas do Lukli. Ogromne wrażenie robi już samo lądowanie tym malutkim samolotem na pasie, który

położony jest w dolinie na zboczu góry, zatem ląduje się „pod górkę” i szybko hamuje. Pas jest bardzo krótki i kończy się po prostu górską ścianą. Lotnisko uznane jest za jedno z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Przed wylotem przewodnik objaśnił, że teraz robi się kopie paszportów, bo 3 lata temu był problem z identyfikacją ofiar „nieudanego manewru lotniczego”. Tym bardziej  po udanym lądowaniu, nastała seria wiwatów i radosnych okrzyków. Sam lot z resztą też dostarczył nam sporo frajdy – większość obecnych, to skoczkowie, dlatego jakoś tak miło się wszystkim ten samolot kojarzył. Przybiliśmy „piąteczki” jak podczas skoków – było w tym cos zespołowego, co wydało mi się po prostu fajne i przyjemne. Po tym cudownym locie, nasze wory zostały przytroczone jakom, my zjedliśmy śniadanie, dopięliśmy plecaki, a do nich aparaty i wszelkie inne gadżety, rozłożyliśmy kije i ruszyliśmy w drogę. Ruch sprawił, że zacząłem się czuć nieco lepiej i choć daleki był mój stan od dobrego, odczuwałem radość i przyjemność z tego, że oto w końcu jestem. Po takim czasie przygotowań, po tylu działaniach, nareszcie nastał ten magiczny moment pierwszych kroków na szlaku. Z drugiej strony przy tak przytępionych zmysłach z powodu gęstego śluzu, który uporczywie zalewa ci pół czaszki, leci z nosa i masz wrażenie, że zatyka wszystko; czerpanie doznań nie jest łatwe i mimo że staram się tego nie robić, to denerwuje się, że akurat teraz, w ten właśnie czas. Choć oczywiście wiem, że to nie przypadek i właśnie to ten czas, jakoś się do tego przyczynił (choćby zmęczeniowo). Może zadziałały też jakieś podświadome mechanizmy, ale w tym momencie ich nie widzę. Mimo wszystko, po trzech godzinach marszu, które nie okazały się trudne, dotarliśmy do miejsca naszego noclegu. Najwyraźniej tu musiałem już wyglądać słabo, bo Andrzej zauważył, że mam napuchnięte oczy, czy tez zatoki.

– spójrzcie na Pawła. Trzeba mu pomóc. Zobaczcie jak ma napuchnięte oczy

Grupa faktycznie w pomoc się zaangażowała- z Andrzejem na czele, za co jestem im bardzo wdzięczny. Poczułem, że nie zostaję z tym sam i że mi pomogą. Andrzej jest kopalnią naturalnych środków leczniczych. Miał sól fizjologiczną i po zmieszaniu z wodą utlenioną, przy asyście Marka, pomogli mi (oczywiście z odpowiednią dawką uciechy z tego faktu) wpuścić mi to do nosa! Liczyłem, że to przepłucze zatoki. Trochę pomogło… na chwilę.  Robiłem też inhalacje nad przepiękną, ręcznie toczoną srebrna misą z wrzątkiem od tubylców i kroplami z drzewa cytrynowego, a potem drugą tym razem inną, bo lokalni zapytali tym razem

-only hot water or tiger boom?

-i don’t know what it is. Is that a herb of some kind?

-I don’t know in English

przyprowadziłem naszego przewodnika, żeby to przetłumaczył. Nie przetłumaczył. Za to zaprowadził mnie do swojego „pokoju” gdzie wlał do miski tiger boom- kropelki pachnące mentolem. Użyczył mi nawet swojej kołdry, bym nakrył nią głowę, po czym wyszedł mówiąc

-take time

Siedziałem tak  klęcząc na podłodze, z głową nad michą stojącą na łóżku, pod kołdrą przewodnika i cieszyłem się chwilą ulgi, jaką dawała inhalacja. Ulgi chwilowej. Niestety stan pogarszał się cały czas, aż do teraz. Jest 23.30, a ja obudziłem się po dwóch godzinach pseudo snu z potwornym bólem zatok, z uczuciem, że nie da się oddychać, a wręcz tonie się w tej okropnej mazi, którą nie wiedzieć jak, organizm produkuje w takich ilościach. Fuck! To piąta noc bez dobrego snu. Any way, ponieważ nie było poprawy mimo płukania, inhalacji, ibupromu, aspiryny, Świerzego imbiru, chińskich tabletek, a nawet jakichś leków przeciwzapalnych – postanowiłem, że wezmę antybiotyk. Szczęśliwie Tęcza miał ze sobą dokładnie taki na drogi oddechowe. Mocny syf w trzech dawkach na trzy dni. Według zalecenia miałem to wziąć rano przed śniadaniem, ale czułem się tak okropnie, że nie mogłem spać. Odszukałem zegarek mając nadzieję że może już blisko świtu, ale okazało się, że jest 22.45. pomyślałem, że to niemożliwe, że to jakiś okrutny żart i nie ma szansy, żebym tak doczekał jeszcze siedem godzin. Nie ma wyjścia – biorę teraz. To zawsze siedem godzin leczenia do przodu, co ważne, bo jutro robimy duże przewyższenie i w ogóle czeka nas jeden z trudniejszych dni.

I tak siedzę i pisze, by jakoś przetrwać tę noc. Modlę się, by  już mi przeszło, bo na razie ta cała podróż, to dla mnie walka nie ze sobą, a z cholerną chorobą i fatalnym samopoczuciem; nie radość , przygoda i doświadczanie. Znaczy się – doświadczam, ale mam nadzieję, że dane mi będzie zmienić nieco nurt tych doświadczeń.

Poszukałem w sobie tego, czemu się rozchorowałem. Przyszło do mnie takie poczucie, że może nie powinienem się dobrze bawić, nie aż tak. Poczucie, że właściwie dlaczego ja mam mieć tak fajnie. Może ściągnąłem to na siebie, żeby się dobrze nie bawić. Nie powinno tak być-wiem ale chyba lepiej już to sobie uświadamiać. Zrobiłem też sam sobie presję z fotografowaniem, że muszę, muszę, muszę zrobić dobry materiał. Muszę – by coś sobie udowodnić. Muszę przygotować na stronę –filmy, zdjęcia, wystawę i do tego pisać muszę. I naglę wszystko muszę! I mało że przestaje to być przyjemnością i odbiera doświadczanie, to jak na ironie wyklucza zrobienie jakiegokolwiek materiału. Na siłę chcąc się nie da. Wtedy próbujesz łapać kadry tam gdzie ich nie ma i tylko bardziej się frustrujesz! Zatem teraz, na piśmie: odpuszczam wszystko i uwalniam się z pod wpływu własnych ograniczeń, strachów i niezdrowego „musze”. Nic nie musze i będę po prostu z rozkoszą przeżywał tę przygodę, nie myśląc czy cokolwiek wyjdzie czy nie. Będzie tak jak ma być. Obym umiał patrzeć, być i cieszyć się teraźniejszością tak jak potrafią i robią to dzieci!