Everest Base Camp Trek- Dzień 4

utworzone przez | Kwi 16, 2014 | Bez kategorii, Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Noc była nieco lepsza, przynajmniej pod względem termicznym. Okazuje się, że śpiwór zdecydowanie lepiej grzeje kiedy się w nim rozbierze. Należy wejść do środka w ubraniu, następnie ruchem robaczkowym zdjąć wierzchnie warstwy i wyrzucić je na zewnątrz – takim zabawnym ruchem samego nadgarstka obok głowy, tak by jak najmniej uchylać śpiwór i nie wypuszczać ciepłego powietrza. Myślę, że cały proces musi wyglądać z boku dość komicznie. Tak czy inaczej, dzięki temu, po pewnym czasie ciało nagrzewa śpiwór zamiast ubrania i robi się na tyle ciepło, że nawet się nieco zgrzałem. Nie zmienia to jednak faktu, że budzę się niezmiernie często (podobno to norma przy aklimatyzacji). Wstałem też z potwornym bólem głowy, który dopiero dawka leków nieco uśmierzyła. Po śniadaniu-start i przepiękny trawers z widokiem na Ama Dablam,  Mt. Everest, Taboche i Lothse Shar. Na obiad zeszliśmy w dolinę, gdzie moją uwagę przykuły, napędzane nurtem rzeki, młynki modlitewne. Pamiętam że pomyślałem: „Fajne, taka… auto-modlitwa. Ty sobie coś robisz, a tam się samo modli” (Na młynkach wypisuje się mantry i według wiary buddyjskiej obracanie takiego młynka działa tak samo jak ustne jej recytowanie, ale… obracać można szybciej! Poza tym, jak widać, obracać może się samo! Jak się później dopytałem, buddyści wykazywali się w tym zakresie dużą pomysłowością, wykorzystując do tego nie tylko siłę żywiołów, ale nawet specjalnie szkolone psy!)

Po obiedzie zakładam plecak, dopinam pas biodrowy, taśmę piersiową i karabinek pokrowca na aparat.  Ruszam pod górę pięciuset metrowym podejściem. Wchodzę w przepiękny, iglasty las, a zapach świeżości i leśnej ściółki wypełnia mi nos… i nagle nie trzeba już nic więcej. Czuję się częścią natury, spokojny i szczęśliwy czerpiąc radość z samego faktu bycia, z każdego kroku. Zapach i klimat kojarzy mi się z polskimi mazurami.  To śmieszne, że tak daleko od domu szukamy szczęścia, a wspomnienie nagle i tak zwraca nas ku temu, co nam bliskie.

Po kilku godzinach marszu w tej cudownej atmosferze, dotarliśmy do wioski w której dziś śpimy.  Jutro o siódmej rano idziemy do tutejszego klasztoru zobaczyć modlitwę mnichów, na którą udało nam się jakoś uzyskać zaproszenie… czekam na to z niecierpliwością.