Everest Base Camp Trek- Dzień 5

utworzone przez | Kwi 18, 2014 | Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Dzisiejszy dzień jest jak dotychczas moim najulubieńszym.

Minęła pierwsza noc, która przyniosła mi nieco dobrej jakości snu. Nawet coś mi się śniło. Pierwszy raz też chętnie pospałbym dłużej. Obudziłem się z widokiem na szczyt Ama Dablam w promieniach wschodzącego słońca- absolutnie przepiękne! Leżałem tak chwilę oczarowany tym co widzę, nie mogąc odwrócić wzroku od okna. Czas się zatrzymał i jakby cały świat na chwilę przystanął. Było cicho i spokojnie. To jedna z tych chwil, które za wszelką cenę chcesz jak najdokładniej zapamiętać. Potem ta chwila minęła, świat znów zaczął się ruszać, a ja szybko zapakowałem wór dla Jaka i swój plecak i poszedłem na poranną modlitwę mnichów w lokalnym klasztorze.

W świątyni modlił się mnich siedząc „po turecku” na jednym z podestów pokrytych poduszkami. Ten sam, od którego wczoraj dowiedziałem się, że ma 28 lat i od 14 siedzi w klasztorze. Zapytałem, czym dokładniej mnisi się zajmują?  Odpowiedział, że
zgłębiają historię życia buddy, modlą się i poszukują oświecenia. Więcej się nie dowiedziałem. Dziś modlił się rytmicznie z rzadka przerywając, by wziąć łyka Masali.  Masala (herbata z mlekiem i przyprawami) przypadła w udziale również nam, którzy odwiedziliśmy klasztor. Pomimo iż siedzieć wolno nam było wyłącznie w wyznaczonym miejscu pod ścianą, zostaliśmy ugoszczeni ciepłym napojem. Młody mnich pojawił się skądś i rozdał nam jednorazowe kubeczki, jakże kontrastujące z wnętrzem świątyni skąpanej w promieniach porannego słońca, wpadających przez drewniane kratownice w oknach. Światło ukazywało posąg buddy, dzwony czy raczej gongi stojące przy wejściu, kolorowe malowidła na ścianach,oraz rzędy podestów ze stojącymi na nich czarkami na herbatę. Nasza herbata nalana do plastików, pachniała słodkim mlekiem – przywodząc wspomnienie mlecznej zupy z czasów przedszkola. Była bardzo mleczna i bardzo słodka. Wziąłem tylko łyka na spróbowanie, po czym zamknąłem oczy, na chwilę skupiłem się na oddechu i chwili obecnej. Dałem porwać się teraźniejszości i zanurzyłem się w doznaniach z niej płynących. Cudowne wyciszenie. Pół godziny minęło szybko i musieliśmy wracać na śniadanie. Otworzyłem oczy i wstałem powoli rozprostowując nogi. Zrobiłem kilka kroków po lodowatej podłodze i wyszedłem z głównej sali, zakładając porzucone przed wejściem buty.

Na śniadanie: Owsianka na wodzie z miodem i tościk z dżemem. Potem piękna, trwająca kilka godzin wędrówka. Pierwszy etap prowadził przez dolinę porośniętą lasem rododendronowym. Niestety drzewa jeszcze nie kwitną. Szkoda, bo mają po kilka metrów wysokości i kiedy obleją się czerwienią kwiatów, to za pewne będzie wyglądać nieziemsko. Później przekroczyliśmy rzekę o kolorze tak lazurowym, że kojarzy się bardziej z egzotycznym oceanem, niż górską rzeką.  Pierwszy raz od wyjazdu z polski moje zmysły były aktywne tak naprawdę. Pierwszy raz chłonąłem drogę, otoczenie, dźwięki, ciepło słońca- wszystko, tak jak chłonąć się powinno. Pierwszy raz czerpałem bardzo dużo przyjemności z faktu podróży  marszu naprzód. Było mi po prostu dobrze.

Po obiedzie załamała się pogoda, momentalnie zmieniając klimat z wiosenno-letniego na zdecydowanie zimowy. Po raz pierwszy wyciągnęliśmy z plecaków ciuchy z membraną. Zaczęło mocno wiać, a z doliny podniosła się mgła. Nieco później zaczął do tego padać śnieg. Widoczność spadła na tyle, że przemieszczaliśmy się zwartą grupą tak, by się nie pogubić. Klimat zrobił się bardzo mistyczny. Szliśmy prze puste wzgórza, gdzie nie było nic poza ziemią i kamieniami, żadnych drzew, wyłącznie pojedyncze kępy przesuszonych traw. Z mgły co rusz wyłaniały się kopce kamieni przeplatane chorągiewkami. Wszystko to we mgle pozbawione było żywych kolorów… wiatr szumiał  głośno za cieniutką warstwą kaptura.

Po mniej więcej dwóch godzinach marszu w takich warunkach, dotarliśmy dość zmarznięci do naszego miejsca noclegu- też zimno, nawet w środku. W „pokojach” jest ok. 5 stopni. Trochę się rozpakowaliśmy i szybko poszliśmy na kolację. Apetyt mi dopisuje pomimo wysokości i wygląda na to, że mam się znacznie lepiej tutaj, niż niżej. Teraz jestem zdrowy i moje ciało chyba nieźle radzi sobie z aklimatyzacją.  Od kolacji zrobiło się ciepło, bo w Kozie, która stoi na środku głównej izby, zapłoną ogień podsycany suszonymi odchodami Jaków. Siedząc wokół kozy zaczęliśmy grać „w czoło”. Gre z filmu „Bękarty wojny”. Polega ona na tym, że każdy wpisuje na kartke jakąś postać, następnie wszyscy przekazują kartki osobie obok, po czym wszyscy ślinią kartkę ( nie patrząc na treść) i przyklejają sobie na czoło. Następnie zadaje się innym pytania na temat swojej postaci – próbując odgadnąć kim się jest.  Jest świetnie i co tu dodawać, chyba trzeba użyć tego sztampowego słowa: „integracja” na określenie tego co tutaj zachodzi. Teraz już wszyscy się rozeszli, a ja zostałem by dokończyć notatki. Tylko na myśl o tym lodowatym śpiworze, w lodowatym pokoju, jakoś nie spieszno mi by kończyć. Cóż nie ma wyjścia, nadszedł ten czas… może będzie dobrze, w końcu po tak dobrym dniu i noc musi być dobra.