Everest Base Camp Trek- Dzień 7

utworzone przez | Kwi 21, 2014 | Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Lobuche 4920 m.n.p.m.

Wczorajsze popołudnie minęło leniwie: pranie, jedzenie, ładowanie baterii. Udało mi się też wysłać kilka e-maili do bliskich, informując że wszystko ok. Swoją drogą ciekawe, że wchodzisz na ponad 4000 metrów, a na drzwiach tutejszej noclegowni wisi karteczka z napisem: „Wi-Fi, ask for password”. Tak czy inaczej później znowu graliśmy w czoło, aż do czasu gdy rozeszliśmy się spać.

Noc była zimna. W pokojach było minus cztery stopnie. Szczęśliwie patent z rozbieraniem się w śpiworze działa, więc środek ładnie się po jakimś czasie nagrzewa. Najgorsze jest pierwsze piętnaście minut. Słabe jest też to, gdy będąc w samych bokserkach i t-shirt’cie trzeba wstać „do toalety”(toaleta to pomieszczenia z wmurowaną dziurą w ziemi. Obok znajduje się trzydziestolitrowa beczka z wodą, oraz mniejsze wiaderko, które służy do nabierania wody i spłukiwania owej toalety. Jest też kij, którym można skuć wierzchnią warstwę lodu z beczki) Ważne, by wstając w nocy nie wypuścić ciepła ze śpiwora. Najlepiej się wyślizgnąć, szybko zamknąć wejście śpiwora jego klapą i przycisnąć klapę np. poduszką. Wtedy ciepło utrzymuje się wewnątrz prze te kilka minut. Można też sikać do butelek, nigdzie nie wychodząc. Nawet się do tego przymierzałem, ale tu niestety są tylko zwykłe butelki z wąska szyjką. Zarzuciłem ten pomysł, bo jednak ryzyko zalania śpiwora było zbyt duże. Uznałem że lepiej zmarznąc kilka minut w drodze do kibla, niż przespać cała noc w mokrym śpiworze i jeszcze go nie wiadomo jak długo suszyć. Nie mniej, doszedłem do wniosku, że szkoda tak marnować tę bezcenną energię cieplną, że przecież mocz ma temperaturę 36,6 C. Jak można tak po prostu zmarnować tyle stopni, gdy w pokoju jest minus cztery, czyli o 40 stopni mniej! Wziąłem więc butelkę ze sobą do łazienki, a potem z powrotem do śpiwora. Cudownie ogrzała mi stopy, a ja błogo zasnąłem.

Noc była dobra i relatywnie się wyspałem. Przepakowałem plecak,ponieważ dni też robią się zimniejsze -dorzuciłem puchówkę. Miałem też komplet gore-tex, soft-shell, a do tego drobiazgi: picie, czołówka, mini apteczko/kosmetyczka. Pierwszy raz było mi nieco ciężko. Jakbym wziął zbyt wiele, choć nie wiem co mógłbym zostawić. Może aparaty fotograficzne(niosłem dwa i obiektyw na zmianę). Poczułem barki, więc docisnąłem mocniej taśmę biodrową, poluzowałem nieco barkowe i zrobiło się znacznie lepiej.

Jeden z naszych Szerpów zachorował i zszedł do wioski niżej. Jeśli poczuje się jutro lepiej-dogoni nas. Podobno trochę się przeziębił, a trochę doskwiera mu wysokość. Ktoś z grupy stwierdził, że czuć było od niego alkohol, świadczyłoby to o nim raczej źle, bo na tych wysokościach nie powinno się pić i jest to niebezpieczne. Ja sam nic od niego nie czułem.

Dzisiejsza droga była, jakby to ująć… odczuwalna. Pierwsze 400 metrów podejścia zrobiliśmy w kilka godzin, po czym zatrzymaliśmy się na mała przerwę, na herbatę i pomidorową. Następnie ostre podejście o kolejne 300 metrów, a potem długo, długo po płaskim. Ostatni odcinek drogi, pomimo że bez zmian wysokości i podejść, wydał się wszystkim uciążliwy. Ja również powłóczyłem nogami powoli i choć do granic zmęczenia nadal mi daleko, to zdecydowanie odczułem ten kawałek.
Długo szedłem sam, mając świstaka na horyzoncie, a za sobą jakiegoś Australijczyka, którego  spotkałem. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym zostawiłem go w tyle. Tylko ja i bezkres doliny pośród wierzchołków i szczytów, z których część, nieco złowrogo, kryła się w ciemniejących chmurach. Dobry czas na refleksję, nieprawdaż?! Tak właśnie sobie pomyślałem idąc- „dobry czas na refleksje”  Ale oprócz kilku raczej chaotycznych i zdecydowanie nie odkrywczych myśli, nie pojawiło się NIC. I to chyba była ta refleksja- brak refleksji- wyłącznie skupienie na każdym kolejnym kroku i wykrzesanie na niego energii. Stan gdy zmęczenie i teren wymagają obecności tu i teraz.

Z tych myśli, które jednak jakoś się przedarły i nie podlegają jednocześnie pod kategorię „nie istotne” albo wręcz „głupie” (chciałem napisać „szkodliwe” zamiast „głupie”, ale właśnie uświadomiłem sobie, że nie miewam tutaj takowych. Nie pojawiają się też myśli negatywne ani destruktywne, ani depresyjne, strachliwe czy męczące – to miejsce i warunki na to nie pozwalają) Tak czy inaczej, te wartościowe myśli, które jakoś się przedarły do strumienia świadomości, dotyczą chyba dość typowego docenienia tego, co się ma na co dzień: ciepłe łóżko i fakt że idąc na sikanie w nocy nie musisz się przedzierać przez powietrze o temperaturze -4 i nie stajesz na tafli lodu, który pokrywa podłogę w kiblu. To docenienie spokojnego wieczoru z kimś bliskim. To czuły dotyk… I na tym chyba polega harmonia, by nie utknąć robiąc jedno, nawet najprzyjemniejsze, bo w końcu stanie się to udręką zamiast radością. Chyba chodzi o to, by dać sobie szansę na nabranie perspektywy, doznanie różnorodnych bodźców. Tylko doświadczając innego, tylko mając porównanie- możemy coś docenić w naszym świecie przeciwieństw.

Wracając do faktów, słowo o aklimatyzacji: Myślę że jest nieźle. Po dojściu tu do „schroniska”, czy jak to nazwać, zrobiło się sennie i nieco czuję głowę. Ale nie na tyle, by było to uciążliwe. Tyle jak na razie i odpukać , mam nadzieję że nadal będzie tak dobrze. Większość ekipy też ma się dobrze, choć niektórzy  zaraz po przyjściu zasnęli prawie na siedząco. Część dziewczyn doszła tu ledwo. Jedna z nich prawie nic nie je, jest blada i zaraz po przyjściu zasnęła w śpiworze w głównej sali. Kolejna , jako jedyna ma się zdecydowanie nienajlepiej, dotarła tu ostatnia. Widać było, że jest absolutnie wykończona. Słaba kondycja nie pomaga jej w aklimatyzacji, więc doznaje mieszanki zmęczenia i wpływu wysokości. ciężko oddycha, boli ją głowa  i zrobiła się nieco bardziej „docinająca”, żeby nie użyć słowa „opryskliwa”, niż zwykle. To pewnie taki mechanizm obronny w zaistniałej sytuacji. Raczej nikomu to nie przeszkadza. Ogólnie, mówiąc prosto – lubię ją mimo to. Dostaje leki na chorobę wysokościową i jeśli do jutra jej stan się poprawi- będzie szła dalej.  To chyba tyle na razie.