Everest Base Camp Trek- Dzień 9 cz. 1

utworzone przez | Kwi 27, 2014 | Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Pheriche 4240 m.n.p.m.

Dzisiejszy dzień był baaaaardzo długi. Teraz Jesteśmy już z powrotem w Pheriche. Zanim ruszyliśmy w dół z Gorak Shep, część z nas wybrała się na Kala Patthar. Start ustaliliśmy na piątą rano, by o wschodzie słońca być już na wzniesieniu. Pobudka zatem wypadła piętnaście po czwartej, choć prawdą jest, że i tak spałem raczej czujnie, żeby nie powiedzieć że prawie nie spałem. Myślę, że byłem po prostu podekscytowany nadchodzącym dniem. Jakby nie patrzeć, nadchodzi dzień, w którym zaatakujemy najwyższy punkt i cel naszej podróży. Rano ogarnąłem się jak zawsze, z tym że coraz sprawniej; ubranie, krem na twarz i usta, pakowanie plecaka. Sprawdzam czy jest wszystko, resztę pakuje do wora dla jaka. O godzinie piątej spotykamy się przed wejściem. Plan był taki, żeby o wschodzie słońca robić zdjęcia ze wzniesienia, ale w nocy pogoda się popsuła; jest pochmurnie i nie ma pewności czy ze zdjęć cokolwiek wyjdzie. Pomimo tych wątpliwości, wyruszamy. Dla mnie to bez znaczenia, bo i tak chcę tam po prostu wejść, nawet gdyby nie udało się nic sfotografować. Biorę statyw, dwa aparaty, do tego puchówkę, goretexy, wodę i żele energetyczne. Jest ciężko na plecach. Z całej ekipy na Kala Patthar zdecydowało się wybrać pięć osób. Idzie też z nami „misio”- przewodnik.

Jest 5.00, wyruszamy w ciszy i ciemności, wszyscy w czołówkach na głowach. Klimat jest bardzo…  filmowy: szereg ludzi wyłaniający z mroku tylko rząd plam światła na śniegu. Kalapatthar ma 5550 m wysokości, także mamy do podejścia prawie 400m. Szybko jednak okazuję się, że to nie będzie łatwe zadanie. Jest zimno i lekko pada śnieg. Idziemy w ciemnościach przez około trzydzieści minut. Mozolnie pod górę. Szczyt wydaje się dość blisko. Myśle, że w kolejne 30 – będę na górze. Nic bardziej mylnego! Gaszę czołówkę, bo robi się na tyle jasno, że jest niepotrzebna. Idę swoim tempem. Krok za krokiem, krok za krokiem. Raz na jakiś czas zatrzymuję się, by złapać oddech. Oglądam się za siebie i okazuję się, że inni zostali nieco w tyle. Choć to nie wyścig, mój wewnętrzny zwierz budzi się wiedząc, że to ostatnia prosta, że to właśnie ta chwila. Chwila, po którą tu przyjechałem. Czuję się fantastycznie, nie mam śladu negatywnych skutków wysokości i choć jestem wyczerpany dniem poprzednim i całym tygodniem- wiem, że nie ma możliwości żebym nie dotarł na górę! Czuję się zmotywowany wyzwaniem i jak na ironię, im bardziej jestem zmęczony, tym bardziej się motywuję. Wewnętrzny wojownik dochodzi do głosu, jest w swoim żywiole, to jest jego pole egzystencji… czuję moc! Jest zimno, najbardziej w palce u  nóg i dłoni. Na nogi nic nie poradzę. Mam wprawdzie drugą parę skarpet w plecaku, ale teraz i tak by się nie zagrzały.  Ręce wyciągam w rękawiczkach z palców i zaciskam wewnątrz w pięści, na przemian jedną i drugą. Pomaga, choć tylko na chwilkę.

Szczyt zbliża się bardzo powoli i kiedy myślę, że została jakaś jedna trzecia drogi, wychodzę za „załom” wzgórza i okazuje się, że to co brałem za szczyt wcale szczytem nie jest. Szczyt dopiero teraz ukazał się moim oczom, zdobny w chorągiewki modlitewne, górujący „ząb” z kamieni, odległy ode mnie o co najmniej  drugie tyle, jeśli nie dodatkowe dwie trzecie tego, co już uczłapałem. Już wiem, że będzie trudniej, niż się spodziewałem. Nie mniej nie mam ani ułamka sekundy zawahania. Biorę haust rzadkiego, zimnego powietrza i stawiam kolejny z pozostałych kroków. Obracam się przy okazji małego postoju. Za mną jest Marek, dalej Andrzej i Jarek. Misia i jeszcze jednej osoby nie widzę (później dowiedziałem się, że zawrócili) Przedłużam odpoczynek sięgając po napój przy pasie biodrowym. Jest prawie całkiem zamarznięty, ale daje się jeszcze spić to co płynne. Ogrzewam płyn w ustach, żeby dał się przełknąć i ruszam dalej. Potem znowu cierpliwie i mozolnie: krok za krokiem, krok za krokiem. Mój nowy wierzchołek zbliża się bardzo wolno. Brak oddechu i sił, nie pozwala na postawienie kroku pod górę o długości większej niż 10-15cm. Często mniej. Byle do przodu, choć troszeczkę, nawet kilka centymetrów. Brnę tak powoli, coraz bardziej zmęczony. Czas na żel energetyczny. Zastanawiałem się czy faktycznie będą potrzebna, ale teraz nie mam wątpliwości. Słodki smak tropikalnego żelu wypełnia usta i na chwilę nagradzam się w ten sposób, licząc jednocześnie na „kopa” wywołanego węglowodanami i witaminami. I znowu brak oddechu, a właściwie tlenu, przypomina mi, że na tej wysokości nie można iść pod górę i wykonywać jakiejkolwiek dodatkowej czynności jak np. wysysanie żelu z tubki. Zatrzymuję się więc i biorę kilka głębokich, głośnych wdechów- jak osoba, która właśnie wynurzyła się z wody po długim okresie na bezdechu. Tu tak się zdarza przy wielu czynnościach. Czasem nawet leżąc w nocy, nagle zaczynasz sapać z otwartą gębą, jak ryba w próbie dotlenienia. Masz uczucie jakbyś się nieco dusił lub topił. Kończę żel stojąc, no może trochę tuptając na przód kroczkami po pięć centymetrów. Chowam pustą paczkę do kieszeni na piersi kurtki. Dalej do góry było już tak samo: Lewa, potem prawa, lewa, prawa, potknięcie, lewa, prawa, przerwa na oddech, kilka kroków i znowu przerwa na oddech. Im wyżej, tym częstsze przerwy.

Wschód zaczął się zanim dotarłem na szczyt, ale w ogóle nie ujęło to uroku. Zrobiłem sporo zdjęć, nagrałem trochę filmów, ale targanie statywu było bez sensu! Po pierwsze jest tak zimno, że nie ma szans na wyjmowanie sprzętu, po drugie światła jest na tyle dużo, że nie potrzeba statywu. Robię wszystko z ręki, na czuja – zbyt zmęczony i zmarznięty, by kombinować nad kadrem. Po prostu strzelam. Na trasie nie ma miejsca na kombinowanie- niestety, a może na szczęście.

Wracając do Kala Patthar: Takim powolnym krokiem, mozolnie docieram w końcu na szczyt. Wykończony, zdyszany i zziębnięty- jest przepięknie. Widoki zapierają dech w piersiach, ale najlepsze jest to poczucie, że udało się! Dałem radę! Jestem na 5550m. choć było ciężko- jestem! Dotarłem! Mogę wszystko! Krzyczę z radości pełną piersią i czuję się żywy! Zdjęcia i filmy ze szczytu, a potem chwila dla siebie by „chłonąć”  ten moment, napawać się chwilą. Oczywiście mi mało i nie chce ruszać do zejścia, mimo że odmarza mi tyłek. Mówiąc tyłek mam na myśli głównie stopy. Do szczytu doszedł Marek, zrobiliśmy sobie wzajemnie po zdjęciu i on ruszył w dół, a ja siedziałem jeszcze trochę. Zebrałem się w drogę powrotną tuż przed tym, jak Andrzej i Jarek się doczłapali.  Andrzej poprosił mnie o zdjęcie i myślałem że padnę, bo właśnie zgrabiałymi łapami zdążyłem schować aparat ale zmobilizowałem się i zrobiłem im po fotce.

Potem na dół… poszło w miarę szybko i momentalnie zrobiło się ciepło, bo słońce wyszło zza gór w kilka chwil po tym jak zszedłem za szczytu. Całe podejście i zejście zajęło ok. 3,5 godziny, w tym 2,5 pod górę. A to dopiero początek dnia…