Everest Base Camp Trek- Dzień 10

utworzone przez | Maj 3, 2014 | Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Namche Bazar 3440 m.n.p.m

Równo tydzień temu byliśmy tu po raz ostatni. To po pierwsze znaczy, że ostatni prysznic brałem tydzień temu. Po drugie, zaskakujące jest jak działa aklimatyzacja i jak niesamowicie ludzkie ciało potrafi się adaptować. Dziś wszyscy czujemy się tu świetnie, bez zadyszki, czy jakiegokolwiek dyskomfortu. Dziś też wydaje się tu być ciepło, nie tylko w sali głównej, ale nawet w pokojach. Mam nadzieję ( jak co noc tutaj) się dziś wyspać. Dotychczas udało mi się raptem kilka razy.

Dzisiejszy dzień jest kolejnym zaliczającym się do tych bardzo długich. Nie spałem prawie wcale- znowu! Noc spędziliśmy w Periche, które jak dla mnie znajduje się w dolinie mrozu i śmierci. Potwornego mrozu. Kiedy nocowaliśmy tam poprzednio, też było lodowato. Dziś w nocy w pokojach było -4, choć zdawało się być zdecydowanie zimniej!  Budziłem się co chwilę, to na toaletę, to po prostu- z zimna! Około czwartej rano było mi tak zimno, że poubierałem się w śpiworze w polar i bieliznę termiczną, włączyłem mp3 i audiobook z „panem lodowego ogrodu”- o ironio! Jakoś udało mi się jeszcze na te 1,5 godziny zasnąć.  Poranek też był cholernie zimny! Nie lubię tej miejscowości! Dolina mrozu i bezsenności, ewentualnie dolina bezsennego mrozu! Cieszę się, że dziś zeszliśmy tak daleko od tego zimnego zadupia. Serio – było tam zimniej, niż wyżej w górach. Nawet tam, skąd startowaliśmy do Base Camp’u i na Kala Patthar było zdecydowanie cieplej.

Any way… dziś, ku mojemu zadowoleniu, zeszliśmy daleko w dół- 1200m. Schodząc, zrobiliśmy 700m podejść.  Szliśmy 8,5 godziny, z godzinną przerwą na lunch. Zjedliśmy w Tengboche- to tam gdzie jest klasztor, w którym poprzednio byliśmy na modlitwie mnichów i spaliśmy. Ehh… spaliśmy oczywiście w miejscowości, nie w klasztorze! Cóż za składnia.

Dziś wyszliśmy ze strefy śniegu i weszliśmy w obszar lasów pachnących iglakiem, które mi od razu kojarzą się z Polskimi Bieszczadami i czasami dziecięcych wakacji. Promienie słońca szybko wypędziły resztki chłodu, który wgryzał się we mnie przez tydzień i zrobiło się przyjemnie. Jest trochę tak, że po dojściu do Base camp’u i na Kala Patthar czuję, że zadanie wykonane, odhaczone i już czekam powrotu do domu, do prysznica, łóżka i domowego ciepła.

Po dzisiejszym dystansie bolą mnie stopy, zwłaszcza lewa – jakby odgniotła się od spodu. Mam nadzieję, że odpocznie do jutra, bo na razie prawie nie jestem w stanie na niej stawać.  Trochę też obtarłem sobie palce i Wicia ratowała mnie na szlaku plastrami. Kondycyjnie szło się świetnie i nawet strome podejścia nie robiły na mnie praktycznie żadnego wrażenia. Dodatkowe czerwone krwinki zdobyte na górze, tutaj działają jak turbo dopalacz.

Jest bardzo wesoło, bo wszyscy w końcu czują się dobrze. Cztery osoby tam wyżej brały leki na chorobę wysokościową i generalnie można powiedzieć, że formy brakło. Teraz  wszyscy odzyskali „oddech”- dosłownie. Jest radośnie, siedzimy w jadalni i czekamy na swoją kolejkę pod prysznicem. Nie mogę się już doczekać tego mycia…

Ale mi się pismo skrzywiło, zmęczony jestem. Tyle na dzisiaj.