Everest Base Camp Trek-Dzień 12

utworzone przez | Maj 16, 2014 | Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Lukla 2800 m.n.p.m.

Po śniadaniu (owsianka na wodzie, która stała się moim tradycyjnym pożywieniem na szlaku) wyruszyliśmy w drogę, by pokonać ostatni już odcinek naszej wyprawy. Mniej więcej trzy godziny podejścia dzieliły nas od końca drogi powrotnej. Szedłem raczej powoli – starając się jak najbardziej napawać miejscem i widokami – ale prawda jest taka, że nieco napadały mnie myśli, a w sercu pojawiał się jakiś rodzaj smutku, czy tęsknoty. Doszedłem po raz kolejny do tego, że wspaniałe doświadczenia cudownie jest dzielić z kimś bliskim. Przypomniał mi się fragment z książki „In to the wild”, która opowiada  prawdziwą i niezwykła historię Alexa McCandels’a. Alex w poszukiwaniu siebie i esencji życia, odrzucił reguły rządzące naszym codziennym światem i wyruszył w pełną odwagi podróż, która zwiodła go w najbardziej odludne rejony Alaski. Wśród jego książek odnaleziono odręczny wpis „wciśnięty” pomiędzy linijki „Doktora Żywago” mówiący: „Happiness only real when shared”.   Coś w tym jest- szczęściem należy się dzielić, by mogło być pełne.  Ten nurt powiódł moje myśli ku podróżom z przeszłości, z przewijającym się pytaniem jak to jest, że tamte przygody były tak intensywne, tak uduchowione, tak pełne obecności i doświadczeń.

W świetle tych wspomnień aktualna podróż, choć ekstremalna i bardzo dla mnie nowa, wydaje się być doświadczeniem mniej głębokim. A na pewno mniej duchowym. Może to zależy od stanu wewnętrznego i stopnia otwartości na doświadczenia. A może taka jest po prostu specyfika tego wyjazdu, może właśnie największa zaleta i największy przejaw duchowości leży w tym, że nie ma czasu na rozmyślanie i kontemplacje. Trzeba skupiać całą swoją wole na działaniu- prostym, ale niezwykle wymagającym w tych warunkach. Może właśnie w tym leży mądrość, by niemal medytacyjnie skupiać się na przykład na stawianiu jednej nogi przed drugą. Może właśnie to jest prawdziwie ważne.  A może zwyczajnie jest to inny rodzaj doświadczeń. Doskonały w swej formie, pod warunkiem, że przyjmę go takim jaki jest, nie próbując porównywać do poprzednich. Wszystkie doświadczenia są takie jakie w danym czasie są potrzebne.

Coraz bardziej nie mogę doczekać się prysznica i ciepłego łóżka. Chcę już pokazać zdjęcia i podzielić się tym doświadczeniem z przyjaciółmi i bliskimi.

Wracając „tutaj”- Trasa minęła dość szybko i raczej bez większego wysiłku. Ot tak nagle przyszło mi postawić ostatnie kroki w tajjakże nowej i niezwykłej dla mnie podróży. Po prostu nagle koniec drogi.  Złożyliśmy kije trekkingowe i udaliśmy się na lunch. Potem na drugi lunch, a jeszcze później kręciliśmy się po miasteczku zabijając czas. Nagle mamy pół dnia bez planu marszu i bez celu do którego mamy dojść. Ja znalazłem miejsce z szyldem obwieszczającym możliwość skorzystania z Internetu i telefonu. Wynegocjowałem cenę rozmowy na 50 rupii za minutę. Ku mojemu zaskoczeniu pan „pracownik” wyjął swoją prywatna komórkę z kieszeni i podał mi ją mówiąc, że należy wybrać kierunkowy przed numerem. Zadzwoniłem do kilku najbliższych mi osób informując, że żyję i wszystko jest ok. zamieniliśmy dosłownie po kilka ogólnych zdań- co u nas? jakie plany na sobotę po powrocie? I tyle.

Część, a właściwie większość ekipy poszła w rum- w ramach celebrowania naszego szczęśliwego powrotu do Lukli.  Ja siedzę jak co wieczór i piszę.  Jutro, o ile pogoda pozwoli, o szóstej rano lecimy do Kathmandu. Jest tam 27 stopni C, prysznic z gorącą wodą bez ograniczeń, oraz pralka… bosko. Nie mogę się doczekać!