Everest Base Camp Trek- Dzień 13

utworzone przez | Maj 30, 2014 | Everest Base Camp Trek | 0 komentarzy

Kathmandu 1300 m.n.p.m.

O szóstej rano byliśmy na lotnisku w Lukli. Pogoda szczęśliwie była dobra i nie musieliśmy długo czekać na wylot. Odprawa – niczym nie przypomina odprawy europejskiej: zero prześwietlania, tylko ważenie bagaży i bramki magnetyczne. A! I pan, który pyta czy przewozisz noże, nożyczki albo coś niebezpiecznego.

-Nie, nic z tych rzeczy.

-OK, go sir!

Ot, cała odprawa. Czekając na wylot nr.3, bo taki nam przypadł, podszedłem do lotniskowego stoiska z książkami. Pierwszą, którą dostrzegłem (niesamowite, bo przecież nie dalej niż wczoraj o niej myślałem) była „In to the wild” Jona Krakauera. W takim układzie nie mogłem jej nie kupić-podobnie jak film, jest absolutnie niesamowita.

Zdecydowanie niesamowity jest też start z pasa o długości 300m… w dodatku „z górki”. Po raz kolejny nie mogliśmy powstrzymać wiwatów i okrzyków radości, gdy spod kół rozpędzonego samolotu, nagle zniknął pas startowy, ukazując kilkuset metrową dolinę. Samolot mieścił akurat naszą dwunastkę, 2 pilotów, przewodnika i stewardessę. Mała maszyna walczyła z wiatrem i turbulencjami na tyle intensywnie, że robiło się nieco niedobrze. Dziwne, zazwyczaj jest to ostatnia przypadłość jakiej spodziewam się przy lataniu. Okazało się też, że lotnisko w Kathmandu nie może nas przyjąć z powodu mgły spowijającej połowę lądowiska. Polecieliśmy zatem na pobliskie lotnisko w miejscowości, której nazwy nie byłem w stanie zapamiętać. Siedząc praktycznie na pasie startowym, czekaliśmy na poprawę warunków w Kathmandu. Doczekaliśmy się po niecałej godzinie i szybko reagując na znaki pilota,  ponownie weszliśmy na pokład. Tym razem prosto do celu.

Kathamndu przywitało nas niezmiernie odczuwalną mnogością dźwięków, ludzi, kolorów, hałasu i smrodu. Wszystkie te doznania są teraz potęgowane przez dwa tygodnie spędzone na bezkresnych pustkowiach ogarniętych cudowną ciszą. Nie mniej, przywitało nas też temperaturą przekraczającą 25 stopni i pierwszy raz od dawna, mogłem rozebrać się i wejść pod prysznic nie trzęsąc się z zimna. Niesamowicie przyjemnie jest w końcu solidnie się umyć, ogolić, a nawet obciąć paznokcie. Po tym wszystkim założyłem jeszcze czyste, świeżuteńkie ubrania i poczułem się fantastycznie. Mogłem też skorzystać z hotelowej pralni, więc będę miał w czym wracać do Polski. Pokręciłem się trochę po mieście w poszukiwaniu dysku zewnętrznego do zgrania zdjęć, ale przede wszystkim- napawałem się gorącem słońca i tym, że w samych klapkach jest mi ciepło w stopy!