Everest Base Camp Trek – przygotowania

Everest Base Camp Trek – przygotowania

Przygotowania…

Jakiś czas temu odebrałem telefon od mojej znajomej ze strefy spadochronowej. Zadzwoniła z  takim niemalże codziennym pytaniem: „ chcesz iść pod Everest?” No i już byłem „złapany”, puls przyspieszył a na twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Oczywiście zadałem kilka dodatkowych pytań ale w środku wiedziałem już że po prostu- idę tam. Mimo że mózg momentalnie podsunął mi sto powodów dla których iść nie mogę, a przynajmniej nie powinienem- że przecież są obowiązki, że nie można się tak zrywać i wszystkiego olewać- słowem jak to mózg. Szczęśliwie zazwyczaj wystarczy go uciszyć tylko na czas niezbędny do podjęcia decyzji, czyli raptem kilka sekund.

Postanowiłem że zamierzam nie tylko doświadczyć wszystkiego co oferuje taka przygoda, ale również możliwie dużo udokumentować i podzielić się tym co mnie spotka…

Ustaliłem co następuje:

Pomysł

był taki by na piechotę przejść z miejscowości Lukla (2840 m. n.p.m.) aż do słynnego wniesienia Kala Patthar (5550 m. n.p.m.). Trasa prowadząca do Everest Base Camp to najsłynniejszy i prawdopodobnie najpiękniejszy trek na naszej planecie. Prowadzi śladami pierwszych zdobywców aż do słynnej bazy pod Everestem.

 

Ekipa

do której miałem dołączyć to licząc ze mną dwanaście niezwykłych osób. Część z nich to członkowie TOPR’u,  część to byli komandosi i członkowie służb specjalnych, część to businessmani i podróżnicy. Wszystkich łączy umiłowanie wolności, chęć przekraczania własnych barier oraz niezwykły głód poznawania świata i doświadczania własnego życia. Prawie wszystkich bo dziewięcioro z nas łączy również miłość do spadochroniarstwa.

Trasa

jest stosunkowo łatwa pod względem technicznym. Zero wspinaczki. Jednak ze względu na duże wysokości wymaga dobrej kondycji i aklimatyzacji.

 

I właściwie tylko tyle wiedziałem zabierając się do tematu.

Co dalej…

Dalej nastały miesiące przygotowań, tygodnie ustalania co jest niezbędne i całe dni kompletowania potrzebnego wyposażenia. Szczęśliwie od Tomka i Kasi, Którzy stworzyli przygodowy zespół „Sky Tatra Team” dostałem magiczną check-listę zawierającą spis tego co do zabrania. Potem wystarczyło ich ponękać telefonem (jakieś 30 razy dziennie) by upewnić się że dobrze zrozumiałem check-listę i na pewno właśnie oglądam w sklepie to co powinienem i jakoś udało się zebrać wszystko. Co za ulga kiedy ostatni drobiazg typu pomadka z filtrem UV jest i czeka tylko na spakowanie. Pakowanie tego to już inna kwestia ale  ku mojemu zaskoczeniu, jakoś się udało. W noc przed wylotem byłem tak podekscytowany że prawie nie spałem. Nie mogłem się już doczekać początku tej niezwykłej wyprawy… juz za kilka godzin rozpocznie się to do czego szykowałem się kilka miesięcy! Nareszcie! Kolejny wpis będzie już fragmentem  dziennika z podróży…

Everest Base Camp Trek- Dzień 1

Everest Base Camp Trek- Dzień 1

Phakding 2600 m.n.p.m.

Dziś minął pierwszy dzień na szlaku. Wstaliśmy o czwartej rano po trzech godzinach snu – w moim przypadku raczej wątpliwej jakości – z powodu infekcji zatok, która nabierała rozpędu. Zanim poszedłem spać wypisałem kartki do bliskich mi osób, zapakowałem rzeczy do wora podróżnego i do plecaka. Właściwie od piątej godziny po wylocie z Polski zacząłem się słabo czuć. Podróż, która trwała ok. 26 godzin na pewno nie pomogła, więc kiedy już wszystko miałem przygotowane, a mój współlokator spał, poszedłem pod długi, gorący prysznic(prawdopodobnie ostatni raz w najbliższych tygodniach). Już pod prysznicem leciało mi z nosa jak z hydrantu, ale naszprycowałem się aspiryną, po czym prawie pełnym snem, pocąc się obficie, przewegetowałem do czwartej rano. Wstałem czując się marnie, ale jeszcze nie tragicznie. Udaliśmy się wszyscy do busa, by razem z przewodnikiem pojechać na lotnisko. Warunki pogodowe sprzyjały, więc szybko udało się wylecieć (tutaj nie jest to wcale takie oczywiste. Bywa że po odprawie, na wylot czeka się pól dnia, czasem cały, a niekiedy nawet kilka dni)

Godzina lotu przeniosła nas do Lukli. Ogromne wrażenie robi już samo lądowanie tym malutkim samolotem na pasie, który

położony jest w dolinie na zboczu góry, zatem ląduje się „pod górkę” i szybko hamuje. Pas jest bardzo krótki i kończy się po prostu górską ścianą. Lotnisko uznane jest za jedno z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Przed wylotem przewodnik objaśnił, że teraz robi się kopie paszportów, bo 3 lata temu był problem z identyfikacją ofiar „nieudanego manewru lotniczego”. Tym bardziej  po udanym lądowaniu, nastała seria wiwatów i radosnych okrzyków. Sam lot z resztą też dostarczył nam sporo frajdy – większość obecnych, to skoczkowie, dlatego jakoś tak miło się wszystkim ten samolot kojarzył. Przybiliśmy „piąteczki” jak podczas skoków – było w tym cos zespołowego, co wydało mi się po prostu fajne i przyjemne. Po tym cudownym locie, nasze wory zostały przytroczone jakom, my zjedliśmy śniadanie, dopięliśmy plecaki, a do nich aparaty i wszelkie inne gadżety, rozłożyliśmy kije i ruszyliśmy w drogę. Ruch sprawił, że zacząłem się czuć nieco lepiej i choć daleki był mój stan od dobrego, odczuwałem radość i przyjemność z tego, że oto w końcu jestem. Po takim czasie przygotowań, po tylu działaniach, nareszcie nastał ten magiczny moment pierwszych kroków na szlaku. Z drugiej strony przy tak przytępionych zmysłach z powodu gęstego śluzu, który uporczywie zalewa ci pół czaszki, leci z nosa i masz wrażenie, że zatyka wszystko; czerpanie doznań nie jest łatwe i mimo że staram się tego nie robić, to denerwuje się, że akurat teraz, w ten właśnie czas. Choć oczywiście wiem, że to nie przypadek i właśnie to ten czas, jakoś się do tego przyczynił (choćby zmęczeniowo). Może zadziałały też jakieś podświadome mechanizmy, ale w tym momencie ich nie widzę. Mimo wszystko, po trzech godzinach marszu, które nie okazały się trudne, dotarliśmy do miejsca naszego noclegu. Najwyraźniej tu musiałem już wyglądać słabo, bo Andrzej zauważył, że mam napuchnięte oczy, czy tez zatoki.

– spójrzcie na Pawła. Trzeba mu pomóc. Zobaczcie jak ma napuchnięte oczy

Grupa faktycznie w pomoc się zaangażowała- z Andrzejem na czele, za co jestem im bardzo wdzięczny. Poczułem, że nie zostaję z tym sam i że mi pomogą. Andrzej jest kopalnią naturalnych środków leczniczych. Miał sól fizjologiczną i po zmieszaniu z wodą utlenioną, przy asyście Marka, pomogli mi (oczywiście z odpowiednią dawką uciechy z tego faktu) wpuścić mi to do nosa! Liczyłem, że to przepłucze zatoki. Trochę pomogło… na chwilę.  Robiłem też inhalacje nad przepiękną, ręcznie toczoną srebrna misą z wrzątkiem od tubylców i kroplami z drzewa cytrynowego, a potem drugą tym razem inną, bo lokalni zapytali tym razem

-only hot water or tiger boom?

-i don’t know what it is. Is that a herb of some kind?

-I don’t know in English

przyprowadziłem naszego przewodnika, żeby to przetłumaczył. Nie przetłumaczył. Za to zaprowadził mnie do swojego „pokoju” gdzie wlał do miski tiger boom- kropelki pachnące mentolem. Użyczył mi nawet swojej kołdry, bym nakrył nią głowę, po czym wyszedł mówiąc

-take time

Siedziałem tak  klęcząc na podłodze, z głową nad michą stojącą na łóżku, pod kołdrą przewodnika i cieszyłem się chwilą ulgi, jaką dawała inhalacja. Ulgi chwilowej. Niestety stan pogarszał się cały czas, aż do teraz. Jest 23.30, a ja obudziłem się po dwóch godzinach pseudo snu z potwornym bólem zatok, z uczuciem, że nie da się oddychać, a wręcz tonie się w tej okropnej mazi, którą nie wiedzieć jak, organizm produkuje w takich ilościach. Fuck! To piąta noc bez dobrego snu. Any way, ponieważ nie było poprawy mimo płukania, inhalacji, ibupromu, aspiryny, Świerzego imbiru, chińskich tabletek, a nawet jakichś leków przeciwzapalnych – postanowiłem, że wezmę antybiotyk. Szczęśliwie Tęcza miał ze sobą dokładnie taki na drogi oddechowe. Mocny syf w trzech dawkach na trzy dni. Według zalecenia miałem to wziąć rano przed śniadaniem, ale czułem się tak okropnie, że nie mogłem spać. Odszukałem zegarek mając nadzieję że może już blisko świtu, ale okazało się, że jest 22.45. pomyślałem, że to niemożliwe, że to jakiś okrutny żart i nie ma szansy, żebym tak doczekał jeszcze siedem godzin. Nie ma wyjścia – biorę teraz. To zawsze siedem godzin leczenia do przodu, co ważne, bo jutro robimy duże przewyższenie i w ogóle czeka nas jeden z trudniejszych dni.

I tak siedzę i pisze, by jakoś przetrwać tę noc. Modlę się, by  już mi przeszło, bo na razie ta cała podróż, to dla mnie walka nie ze sobą, a z cholerną chorobą i fatalnym samopoczuciem; nie radość , przygoda i doświadczanie. Znaczy się – doświadczam, ale mam nadzieję, że dane mi będzie zmienić nieco nurt tych doświadczeń.

Poszukałem w sobie tego, czemu się rozchorowałem. Przyszło do mnie takie poczucie, że może nie powinienem się dobrze bawić, nie aż tak. Poczucie, że właściwie dlaczego ja mam mieć tak fajnie. Może ściągnąłem to na siebie, żeby się dobrze nie bawić. Nie powinno tak być-wiem ale chyba lepiej już to sobie uświadamiać. Zrobiłem też sam sobie presję z fotografowaniem, że muszę, muszę, muszę zrobić dobry materiał. Muszę – by coś sobie udowodnić. Muszę przygotować na stronę –filmy, zdjęcia, wystawę i do tego pisać muszę. I naglę wszystko muszę! I mało że przestaje to być przyjemnością i odbiera doświadczanie, to jak na ironie wyklucza zrobienie jakiegokolwiek materiału. Na siłę chcąc się nie da. Wtedy próbujesz łapać kadry tam gdzie ich nie ma i tylko bardziej się frustrujesz! Zatem teraz, na piśmie: odpuszczam wszystko i uwalniam się z pod wpływu własnych ograniczeń, strachów i niezdrowego „musze”. Nic nie musze i będę po prostu z rozkoszą przeżywał tę przygodę, nie myśląc czy cokolwiek wyjdzie czy nie. Będzie tak jak ma być. Obym umiał patrzeć, być i cieszyć się teraźniejszością tak jak potrafią i robią to dzieci!

Everest Base Camp Trek- Dzień 2

Everest Base Camp Trek- Dzień 2

Namche Bazar 3440 m.n.p.m.

Zrobiliśmy dziś osiemset metrów przewyższenia. Szliśmy łącznie siedem godzin. Przepiękna trasa! Co więcej napisać? Niestety ciężko jest skupiać się na czymkolwiek innym niż samopoczucie, kiedy jest się chorym. Trasa, mimo wielu stromych podejść, nie wydaję mi się bardzo męcząca i gdybym był w normalnej formie zapewne nie była by wielkim problemem. Ale chciałem wyzwań- to mam ;) No nie ?!

Myślę że udało mi się dziś zrobić kilka dobrych a przynajmniej ładnych zdjęć. Ludzie tutaj są cudowni. Z uśmiecham na ustach
każdy mijający cię tragarz mówi Namastee. Dzieci, które fotografowałem, oblazły mnie ze wszystkich stron kiedy pokazywałem im ich portrety. Z zachwytem i radością dostępną tylko najmłodszym, gestami prosiły o więcej i zaczynały pozować. W tym czasie stojąca w drzwiach pobliskiej chałupy staruszka (zapewne ich babcia), uśmiecha się zadowolona szczęściem wnucząt i pozdrawia mnie życzliwym namastee z radością na twarzy. Pokonaliśmy kilka niezwykłych mostów linowych. Dziś wiszą już na linach stalowych ale jeszcze kilka lat temu, trafiały się podobno drewniano-liniaste.

Teraz siedzę już w „schronisku”(choć to słowo nie oddaje tego czym miejsce naszego noclegu jest), w towarzystwie prawie wszystkich członków wyprawy i jest bardzo przyjemnie.  Grupa jest fajna i choć już widać, że każdy ma jakieś swoje przywary, to jak na razie jest ok i wszyscy się dogadują.  Czuję że antybiotyk działa i choć sam nie wierze że to piszę (jestem przeciwnikiem antybiotyków) – nie mogę się doczekać kolejnej dawki bo nadal nie jest super, cóż… wyjątkowe i niecodzienne okoliczności wymagają niecodziennych zachowań. Lekka gorączka chyba nadal nie przeszła i mam tylko nadzieję, że dzisiejsza noc przyniesie mi nieco dobrego, leczniczego snu…

Everest Base Camp Trek- Dzień 3

Everest Base Camp Trek- Dzień 3

Namche Bazar 3440 m.n.p.m.

Ostatnia noc była dla mnie jakimś koszmarem. W ogóle noce tutaj, to koszmar. Prawie nie spałem, mimo iż dobiłem do stanu kiedy czułem się absolutnie wykończony. Męczyły mnie jakieś niezidentyfikowane wizje, jakby sny, choć na pewno nie spałem. W pokoju było zimno (około czterech stopni) i strasznie wilgotno. Ledwo oddychałem. Czułem się jakbym się dusił. Dopiero nad ranem udało mi się zasną na jakieś trzy godziny.

Wstaje ledwo, długo siedzę w śpiworze pijąc lodowatą wodę z butelki, która przestała noc przy łóżku. Próbuję jakoś poruszyć w sobie życie. Sprawdzam jak się mam… z chorobą lepiej, za to głowa napier**** jak „idź i nie wracaj”. Wsadzam do śpiwora ciuchy do ubrania, by nieco się zagrzały. Obmywam się wilgotną chusteczką i ubieram,  nie wychodząc ze śpiwora. Po śniadaniu, suplementach i przeciwbólowcu, dopakowuję plecak i  ruszamy w drogę. Pierwsze kroki w ciepłych promieniach słońca wyciskają ze mnie resztki chłodu nocy i czuję w sobie życie. Wchodzimy trzysta metrów wyżej na pobliskie „lotnisko”. Pas startowy charakteryzuję się wyłącznie tym, że względnie odgarnięto te większe kamienie na boki. Na końcu zbocza pojawia się czerwony
okrąg na długim kiju, a ja myślę „O, to coś nowego, takiego symbolu religijnego jeszcze tu nie widziałem”. Nic dziwnego że nie widziałem, bo po bliższych oględzinach okazuje się, że to nie żaden symbol, tylko okrutnie wyniszczony strzępek tego, co kiedyś było rękawem lotniczym. Wprowadza to nieco konsternacji, zważywszy na fakt, że oglądamy to miejsce w nadziei, że uda nam się tu wrócić w przyszłości i wystartować z tego lotniska przy projekcie skoku spadochronowego nad Everestem.  Widoki są absolutnie przepiękne, ale najbardziej cieszą mnie zbawienne efekty przewyższenia. ( Podczas aklimatyzacji wychodzi się w ciągu dnia wyżej, tak by pobudzić organizm do pracy i produkcji czerwonych krwinek, po czym na noc wraca się z powrotem na tę samą wysokość) Kiedy zeszliśmy z powrotem, poczułem się względnie w formie- pierwszy raz na tym wyjeździe. Teraz będzie już tylko lepiej, oby przetrwać noc…

Everest Base Camp Trek- Dzień 4

Everest Base Camp Trek- Dzień 4

Noc była nieco lepsza, przynajmniej pod względem termicznym. Okazuje się, że śpiwór zdecydowanie lepiej grzeje kiedy się w nim rozbierze. Należy wejść do środka w ubraniu, następnie ruchem robaczkowym zdjąć wierzchnie warstwy i wyrzucić je na zewnątrz – takim zabawnym ruchem samego nadgarstka obok głowy, tak by jak najmniej uchylać śpiwór i nie wypuszczać ciepłego powietrza. Myślę, że cały proces musi wyglądać z boku dość komicznie. Tak czy inaczej, dzięki temu, po pewnym czasie ciało nagrzewa śpiwór zamiast ubrania i robi się na tyle ciepło, że nawet się nieco zgrzałem. Nie zmienia to jednak faktu, że budzę się niezmiernie często (podobno to norma przy aklimatyzacji). Wstałem też z potwornym bólem głowy, który dopiero dawka leków nieco uśmierzyła. Po śniadaniu-start i przepiękny trawers z widokiem na Ama Dablam,  Mt. Everest, Taboche i Lothse Shar. Na obiad zeszliśmy w dolinę, gdzie moją uwagę przykuły, napędzane nurtem rzeki, młynki modlitewne. Pamiętam że pomyślałem: „Fajne, taka… auto-modlitwa. Ty sobie coś robisz, a tam się samo modli” (Na młynkach wypisuje się mantry i według wiary buddyjskiej obracanie takiego młynka działa tak samo jak ustne jej recytowanie, ale… obracać można szybciej! Poza tym, jak widać, obracać może się samo! Jak się później dopytałem, buddyści wykazywali się w tym zakresie dużą pomysłowością, wykorzystując do tego nie tylko siłę żywiołów, ale nawet specjalnie szkolone psy!)

Po obiedzie zakładam plecak, dopinam pas biodrowy, taśmę piersiową i karabinek pokrowca na aparat.  Ruszam pod górę pięciuset metrowym podejściem. Wchodzę w przepiękny, iglasty las, a zapach świeżości i leśnej ściółki wypełnia mi nos… i nagle nie trzeba już nic więcej. Czuję się częścią natury, spokojny i szczęśliwy czerpiąc radość z samego faktu bycia, z każdego kroku. Zapach i klimat kojarzy mi się z polskimi mazurami.  To śmieszne, że tak daleko od domu szukamy szczęścia, a wspomnienie nagle i tak zwraca nas ku temu, co nam bliskie.

Po kilku godzinach marszu w tej cudownej atmosferze, dotarliśmy do wioski w której dziś śpimy.  Jutro o siódmej rano idziemy do tutejszego klasztoru zobaczyć modlitwę mnichów, na którą udało nam się jakoś uzyskać zaproszenie… czekam na to z niecierpliwością.

Everest Base Camp Trek- Dzień 5

Everest Base Camp Trek- Dzień 5

Dzisiejszy dzień jest jak dotychczas moim najulubieńszym.

Minęła pierwsza noc, która przyniosła mi nieco dobrej jakości snu. Nawet coś mi się śniło. Pierwszy raz też chętnie pospałbym dłużej. Obudziłem się z widokiem na szczyt Ama Dablam w promieniach wschodzącego słońca- absolutnie przepiękne! Leżałem tak chwilę oczarowany tym co widzę, nie mogąc odwrócić wzroku od okna. Czas się zatrzymał i jakby cały świat na chwilę przystanął. Było cicho i spokojnie. To jedna z tych chwil, które za wszelką cenę chcesz jak najdokładniej zapamiętać. Potem ta chwila minęła, świat znów zaczął się ruszać, a ja szybko zapakowałem wór dla Jaka i swój plecak i poszedłem na poranną modlitwę mnichów w lokalnym klasztorze.

W świątyni modlił się mnich siedząc „po turecku” na jednym z podestów pokrytych poduszkami. Ten sam, od którego wczoraj dowiedziałem się, że ma 28 lat i od 14 siedzi w klasztorze. Zapytałem, czym dokładniej mnisi się zajmują?  Odpowiedział, że
zgłębiają historię życia buddy, modlą się i poszukują oświecenia. Więcej się nie dowiedziałem. Dziś modlił się rytmicznie z rzadka przerywając, by wziąć łyka Masali.  Masala (herbata z mlekiem i przyprawami) przypadła w udziale również nam, którzy odwiedziliśmy klasztor. Pomimo iż siedzieć wolno nam było wyłącznie w wyznaczonym miejscu pod ścianą, zostaliśmy ugoszczeni ciepłym napojem. Młody mnich pojawił się skądś i rozdał nam jednorazowe kubeczki, jakże kontrastujące z wnętrzem świątyni skąpanej w promieniach porannego słońca, wpadających przez drewniane kratownice w oknach. Światło ukazywało posąg buddy, dzwony czy raczej gongi stojące przy wejściu, kolorowe malowidła na ścianach,oraz rzędy podestów ze stojącymi na nich czarkami na herbatę. Nasza herbata nalana do plastików, pachniała słodkim mlekiem – przywodząc wspomnienie mlecznej zupy z czasów przedszkola. Była bardzo mleczna i bardzo słodka. Wziąłem tylko łyka na spróbowanie, po czym zamknąłem oczy, na chwilę skupiłem się na oddechu i chwili obecnej. Dałem porwać się teraźniejszości i zanurzyłem się w doznaniach z niej płynących. Cudowne wyciszenie. Pół godziny minęło szybko i musieliśmy wracać na śniadanie. Otworzyłem oczy i wstałem powoli rozprostowując nogi. Zrobiłem kilka kroków po lodowatej podłodze i wyszedłem z głównej sali, zakładając porzucone przed wejściem buty.

Na śniadanie: Owsianka na wodzie z miodem i tościk z dżemem. Potem piękna, trwająca kilka godzin wędrówka. Pierwszy etap prowadził przez dolinę porośniętą lasem rododendronowym. Niestety drzewa jeszcze nie kwitną. Szkoda, bo mają po kilka metrów wysokości i kiedy obleją się czerwienią kwiatów, to za pewne będzie wyglądać nieziemsko. Później przekroczyliśmy rzekę o kolorze tak lazurowym, że kojarzy się bardziej z egzotycznym oceanem, niż górską rzeką.  Pierwszy raz od wyjazdu z polski moje zmysły były aktywne tak naprawdę. Pierwszy raz chłonąłem drogę, otoczenie, dźwięki, ciepło słońca- wszystko, tak jak chłonąć się powinno. Pierwszy raz czerpałem bardzo dużo przyjemności z faktu podróży  marszu naprzód. Było mi po prostu dobrze.

Po obiedzie załamała się pogoda, momentalnie zmieniając klimat z wiosenno-letniego na zdecydowanie zimowy. Po raz pierwszy wyciągnęliśmy z plecaków ciuchy z membraną. Zaczęło mocno wiać, a z doliny podniosła się mgła. Nieco później zaczął do tego padać śnieg. Widoczność spadła na tyle, że przemieszczaliśmy się zwartą grupą tak, by się nie pogubić. Klimat zrobił się bardzo mistyczny. Szliśmy prze puste wzgórza, gdzie nie było nic poza ziemią i kamieniami, żadnych drzew, wyłącznie pojedyncze kępy przesuszonych traw. Z mgły co rusz wyłaniały się kopce kamieni przeplatane chorągiewkami. Wszystko to we mgle pozbawione było żywych kolorów… wiatr szumiał  głośno za cieniutką warstwą kaptura.

Po mniej więcej dwóch godzinach marszu w takich warunkach, dotarliśmy dość zmarznięci do naszego miejsca noclegu- też zimno, nawet w środku. W „pokojach” jest ok. 5 stopni. Trochę się rozpakowaliśmy i szybko poszliśmy na kolację. Apetyt mi dopisuje pomimo wysokości i wygląda na to, że mam się znacznie lepiej tutaj, niż niżej. Teraz jestem zdrowy i moje ciało chyba nieźle radzi sobie z aklimatyzacją.  Od kolacji zrobiło się ciepło, bo w Kozie, która stoi na środku głównej izby, zapłoną ogień podsycany suszonymi odchodami Jaków. Siedząc wokół kozy zaczęliśmy grać „w czoło”. Gre z filmu „Bękarty wojny”. Polega ona na tym, że każdy wpisuje na kartke jakąś postać, następnie wszyscy przekazują kartki osobie obok, po czym wszyscy ślinią kartkę ( nie patrząc na treść) i przyklejają sobie na czoło. Następnie zadaje się innym pytania na temat swojej postaci – próbując odgadnąć kim się jest.  Jest świetnie i co tu dodawać, chyba trzeba użyć tego sztampowego słowa: „integracja” na określenie tego co tutaj zachodzi. Teraz już wszyscy się rozeszli, a ja zostałem by dokończyć notatki. Tylko na myśl o tym lodowatym śpiworze, w lodowatym pokoju, jakoś nie spieszno mi by kończyć. Cóż nie ma wyjścia, nadszedł ten czas… może będzie dobrze, w końcu po tak dobrym dniu i noc musi być dobra.