Everest Base Camp Trek- Dzień 6

Everest Base Camp Trek- Dzień 6

Pheriche 4240 m.n.p.m.

Dzisiejszy poranek przywitał nas temperaturą minus trzy stopnie w pokoju, oraz przepięknym mrozowym malowidłem na okiennej szybie. I choć teraz świeci piękne słońce, zaległy wczoraj śnieg spowodował, że zostajemy tu dzisiaj na dzień aklimatyzacji. Śniegu nie jest bardzo dużo- może dziesięć centymetrów, jednak powstała obawa, że szlak może być śliski. Osobiście wolałbym mimo wszystko iść dalej, ale nie dyskutuję i słucham bardziej obytych.

W związku z takim rozwojem sytuacji, przytargałem śpiwór do sali głównej (kozę rozpalą i tak dopiero wieczorem) nakryłem nim nogi, siedzę i piszę. Jest w tym coś przyjemnego… spokój i cisza. Obok mnie siedzi część ekipy. Nasza rozmowa dotyczy tego kto dziś zamierza się „wykąpać”.  Ktoś mówi: Ja na pewno.  Ktoś inny:  Ja się umyję jak rozpalą kozę.  Jeszcze ktoś rzuca: Ja jeszcze zobaczę, ale na pewno obetnę dziś pazurki! I na to hasło wszyscy wybuchają śmiechem. Niesamowite jak bardzo zmieniają się tutaj priorytety. Zadaniem na dziś może być np. „obcięcie pazurków”. Jest fajnie.  Co jakiś czas zaskakuje mnie fakt, że mój oddech paruje, mimo że znajduję się wewnątrz pomieszczenia. A skoro już o pomieszczeniu mowa: wszystko tu zbudowane jest z płatów sklejki, wnoszonych na plecach tragarzy. Oczywiście zero ogrzewania. Pokoje pozbijane są z kilku takich płyt, zresztą niezbyt szczelnie. No ale jest możliwość skorzystania z usługi „hot shower”, która warta jest 500 rupii. Polega na tym, że dostajesz do swojej dyspozycji wiadro gorącej wody. Osobiście nie skorzystałem, bo co z tego że woda jest gorąca, skoro stoisz w minus czterech i momentalnie po schlapaniu się wychładzasz.

Musze powoli Kończyc, bo idziemy na spacer w ramach pobudzania ciała do aklimatyzacji. Jeszcze słowo o kondycji: Jest super. Wyzdrowiałem całkowicie i jak na ironię, im jest wyżej, tym czuję się lepiej. Nawet ból głowy przeszedł i dziś w końcu obeszło się bez tablety. Aklimatyzuję się chyba nieźle i wychodzi na to, że wcześniej po prostu przeszkadzała mi choroba. Boże dzięki że wyzdrowiałem!!!!

Teraz spadam, bo śmierdzi tu paliwem opałowym, mimo że wcale nie palą…

Everest Base Camp Trek- Dzień 7

Everest Base Camp Trek- Dzień 7

Lobuche 4920 m.n.p.m.

Wczorajsze popołudnie minęło leniwie: pranie, jedzenie, ładowanie baterii. Udało mi się też wysłać kilka e-maili do bliskich, informując że wszystko ok. Swoją drogą ciekawe, że wchodzisz na ponad 4000 metrów, a na drzwiach tutejszej noclegowni wisi karteczka z napisem: „Wi-Fi, ask for password”. Tak czy inaczej później znowu graliśmy w czoło, aż do czasu gdy rozeszliśmy się spać.

Noc była zimna. W pokojach było minus cztery stopnie. Szczęśliwie patent z rozbieraniem się w śpiworze działa, więc środek ładnie się po jakimś czasie nagrzewa. Najgorsze jest pierwsze piętnaście minut. Słabe jest też to, gdy będąc w samych bokserkach i t-shirt’cie trzeba wstać „do toalety”(toaleta to pomieszczenia z wmurowaną dziurą w ziemi. Obok znajduje się trzydziestolitrowa beczka z wodą, oraz mniejsze wiaderko, które służy do nabierania wody i spłukiwania owej toalety. Jest też kij, którym można skuć wierzchnią warstwę lodu z beczki) Ważne, by wstając w nocy nie wypuścić ciepła ze śpiwora. Najlepiej się wyślizgnąć, szybko zamknąć wejście śpiwora jego klapą i przycisnąć klapę np. poduszką. Wtedy ciepło utrzymuje się wewnątrz prze te kilka minut. Można też sikać do butelek, nigdzie nie wychodząc. Nawet się do tego przymierzałem, ale tu niestety są tylko zwykłe butelki z wąska szyjką. Zarzuciłem ten pomysł, bo jednak ryzyko zalania śpiwora było zbyt duże. Uznałem że lepiej zmarznąc kilka minut w drodze do kibla, niż przespać cała noc w mokrym śpiworze i jeszcze go nie wiadomo jak długo suszyć. Nie mniej, doszedłem do wniosku, że szkoda tak marnować tę bezcenną energię cieplną, że przecież mocz ma temperaturę 36,6 C. Jak można tak po prostu zmarnować tyle stopni, gdy w pokoju jest minus cztery, czyli o 40 stopni mniej! Wziąłem więc butelkę ze sobą do łazienki, a potem z powrotem do śpiwora. Cudownie ogrzała mi stopy, a ja błogo zasnąłem.

Noc była dobra i relatywnie się wyspałem. Przepakowałem plecak,ponieważ dni też robią się zimniejsze -dorzuciłem puchówkę. Miałem też komplet gore-tex, soft-shell, a do tego drobiazgi: picie, czołówka, mini apteczko/kosmetyczka. Pierwszy raz było mi nieco ciężko. Jakbym wziął zbyt wiele, choć nie wiem co mógłbym zostawić. Może aparaty fotograficzne(niosłem dwa i obiektyw na zmianę). Poczułem barki, więc docisnąłem mocniej taśmę biodrową, poluzowałem nieco barkowe i zrobiło się znacznie lepiej.

Jeden z naszych Szerpów zachorował i zszedł do wioski niżej. Jeśli poczuje się jutro lepiej-dogoni nas. Podobno trochę się przeziębił, a trochę doskwiera mu wysokość. Ktoś z grupy stwierdził, że czuć było od niego alkohol, świadczyłoby to o nim raczej źle, bo na tych wysokościach nie powinno się pić i jest to niebezpieczne. Ja sam nic od niego nie czułem.

Dzisiejsza droga była, jakby to ująć… odczuwalna. Pierwsze 400 metrów podejścia zrobiliśmy w kilka godzin, po czym zatrzymaliśmy się na mała przerwę, na herbatę i pomidorową. Następnie ostre podejście o kolejne 300 metrów, a potem długo, długo po płaskim. Ostatni odcinek drogi, pomimo że bez zmian wysokości i podejść, wydał się wszystkim uciążliwy. Ja również powłóczyłem nogami powoli i choć do granic zmęczenia nadal mi daleko, to zdecydowanie odczułem ten kawałek.
Długo szedłem sam, mając świstaka na horyzoncie, a za sobą jakiegoś Australijczyka, którego  spotkałem. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym zostawiłem go w tyle. Tylko ja i bezkres doliny pośród wierzchołków i szczytów, z których część, nieco złowrogo, kryła się w ciemniejących chmurach. Dobry czas na refleksję, nieprawdaż?! Tak właśnie sobie pomyślałem idąc- „dobry czas na refleksje”  Ale oprócz kilku raczej chaotycznych i zdecydowanie nie odkrywczych myśli, nie pojawiło się NIC. I to chyba była ta refleksja- brak refleksji- wyłącznie skupienie na każdym kolejnym kroku i wykrzesanie na niego energii. Stan gdy zmęczenie i teren wymagają obecności tu i teraz.

Z tych myśli, które jednak jakoś się przedarły i nie podlegają jednocześnie pod kategorię „nie istotne” albo wręcz „głupie” (chciałem napisać „szkodliwe” zamiast „głupie”, ale właśnie uświadomiłem sobie, że nie miewam tutaj takowych. Nie pojawiają się też myśli negatywne ani destruktywne, ani depresyjne, strachliwe czy męczące – to miejsce i warunki na to nie pozwalają) Tak czy inaczej, te wartościowe myśli, które jakoś się przedarły do strumienia świadomości, dotyczą chyba dość typowego docenienia tego, co się ma na co dzień: ciepłe łóżko i fakt że idąc na sikanie w nocy nie musisz się przedzierać przez powietrze o temperaturze -4 i nie stajesz na tafli lodu, który pokrywa podłogę w kiblu. To docenienie spokojnego wieczoru z kimś bliskim. To czuły dotyk… I na tym chyba polega harmonia, by nie utknąć robiąc jedno, nawet najprzyjemniejsze, bo w końcu stanie się to udręką zamiast radością. Chyba chodzi o to, by dać sobie szansę na nabranie perspektywy, doznanie różnorodnych bodźców. Tylko doświadczając innego, tylko mając porównanie- możemy coś docenić w naszym świecie przeciwieństw.

Wracając do faktów, słowo o aklimatyzacji: Myślę że jest nieźle. Po dojściu tu do „schroniska”, czy jak to nazwać, zrobiło się sennie i nieco czuję głowę. Ale nie na tyle, by było to uciążliwe. Tyle jak na razie i odpukać , mam nadzieję że nadal będzie tak dobrze. Większość ekipy też ma się dobrze, choć niektórzy  zaraz po przyjściu zasnęli prawie na siedząco. Część dziewczyn doszła tu ledwo. Jedna z nich prawie nic nie je, jest blada i zaraz po przyjściu zasnęła w śpiworze w głównej sali. Kolejna , jako jedyna ma się zdecydowanie nienajlepiej, dotarła tu ostatnia. Widać było, że jest absolutnie wykończona. Słaba kondycja nie pomaga jej w aklimatyzacji, więc doznaje mieszanki zmęczenia i wpływu wysokości. ciężko oddycha, boli ją głowa  i zrobiła się nieco bardziej „docinająca”, żeby nie użyć słowa „opryskliwa”, niż zwykle. To pewnie taki mechanizm obronny w zaistniałej sytuacji. Raczej nikomu to nie przeszkadza. Ogólnie, mówiąc prosto – lubię ją mimo to. Dostaje leki na chorobę wysokościową i jeśli do jutra jej stan się poprawi- będzie szła dalej.  To chyba tyle na razie.

Everest Base Camp Trek- Dzień 8

Everest Base Camp Trek- Dzień 8

Gorak Shep 5160 m.n.p.m.

Ok… dziś jestem oficjalnie zrąbany jak koń po westernie! Nie pamiętam już pierwszej połowy dnia. Wicia przypomniała mi, że długo szliśmy po płaskim w dolinie polodowcowej a Później było długie podejście do Gorak Shep. Już ta część dnia była męcząca i pierwszy raz naprawdę wypatrywałem już celu dzisiejszej podróży. Pierwszy raz miałem tak, że odetchnąłem z  ulgą gdy zza załomu wyłoniły się niebieskie dachy  tutejszej osady. Obiad… ehh nie mam siły dziś pisać! Obiad zjedliśmy niepełnym składem. Część grupy wyszła na szlak później bo rano walczyli z migreną koleżanki.

Około godziny 13.00 wyruszyliśmy do Base Campu. Nie wszyscy, tylko ci którzy czuli się na siłach. Razem ze mną była nas siódemka. No i co napisać…? Było ciężko! W połowie drogi w tamtą stronę, już miałem wszystkiego dość! Powłóczyłem nogami ledwo odrywając je od ziemi. Gdy na drodze pojawiał się większy kamień, nie podnosiłem nad nim nogi tylko obchodziłem go na około- wydawało się to łatwiejsze i zużywało mniej energii. Częstotliwość potykania się (głównie o własne nogi) też znacznie wzrosła i nie wyobrażałem sobie drogi powrotnej. Dotarliśmy do Base Campu tak zmęczeni, że ciężko było o jakiekolwiek wzniosłości czy nawet zachwyt. Po prostu tam doszliśmy, zobaczyliśmy namioty ekip atakujących Everest oraz Ice Fall (lodowiec już nie tak okazały jak na zdjęciach i mapach z przed lat). Zrobiliśmy sobie zdjęcia a ja dodatkowo zrobiłem też fotę z logo partnerów: „YDstudio” oraz „Sunasu” którzy mnie wsparli i którym dziękuję… i już!

Dość szybko się zwinęliśmy i ruszyliśmy, wlokąc się z powrotem. Nie wpadłem nawet na to by wziąć stamtąd jakiś kamyk. Szczęśliwie Marek wziął jakiś „dodatkowy” i kiedy byliśmy już z powrotem w Gorak, podarował mi go. Dziękuję!  Całość drogi do Everest Base Camp i z powrotem zajęła nam ponad 4 godziny, poranny etap to ok. 3 godzin. Teraz w głównej hali większość ekipy zdycha. Mówiąc  większość mam na myśli tych, którzy nie wybrali się do Base’a. Nie mam głowy do pisania czegoś więcej. Uważam to za sukces, że w ogóle napisałem to co napisałem…

Everest Base Camp Trek- Dzień 9 cz. 1

Everest Base Camp Trek- Dzień 9 cz. 1

Pheriche 4240 m.n.p.m.

Dzisiejszy dzień był baaaaardzo długi. Teraz Jesteśmy już z powrotem w Pheriche. Zanim ruszyliśmy w dół z Gorak Shep, część z nas wybrała się na Kala Patthar. Start ustaliliśmy na piątą rano, by o wschodzie słońca być już na wzniesieniu. Pobudka zatem wypadła piętnaście po czwartej, choć prawdą jest, że i tak spałem raczej czujnie, żeby nie powiedzieć że prawie nie spałem. Myślę, że byłem po prostu podekscytowany nadchodzącym dniem. Jakby nie patrzeć, nadchodzi dzień, w którym zaatakujemy najwyższy punkt i cel naszej podróży. Rano ogarnąłem się jak zawsze, z tym że coraz sprawniej; ubranie, krem na twarz i usta, pakowanie plecaka. Sprawdzam czy jest wszystko, resztę pakuje do wora dla jaka. O godzinie piątej spotykamy się przed wejściem. Plan był taki, żeby o wschodzie słońca robić zdjęcia ze wzniesienia, ale w nocy pogoda się popsuła; jest pochmurnie i nie ma pewności czy ze zdjęć cokolwiek wyjdzie. Pomimo tych wątpliwości, wyruszamy. Dla mnie to bez znaczenia, bo i tak chcę tam po prostu wejść, nawet gdyby nie udało się nic sfotografować. Biorę statyw, dwa aparaty, do tego puchówkę, goretexy, wodę i żele energetyczne. Jest ciężko na plecach. Z całej ekipy na Kala Patthar zdecydowało się wybrać pięć osób. Idzie też z nami „misio”- przewodnik.

Jest 5.00, wyruszamy w ciszy i ciemności, wszyscy w czołówkach na głowach. Klimat jest bardzo…  filmowy: szereg ludzi wyłaniający z mroku tylko rząd plam światła na śniegu. Kalapatthar ma 5550 m wysokości, także mamy do podejścia prawie 400m. Szybko jednak okazuję się, że to nie będzie łatwe zadanie. Jest zimno i lekko pada śnieg. Idziemy w ciemnościach przez około trzydzieści minut. Mozolnie pod górę. Szczyt wydaje się dość blisko. Myśle, że w kolejne 30 – będę na górze. Nic bardziej mylnego! Gaszę czołówkę, bo robi się na tyle jasno, że jest niepotrzebna. Idę swoim tempem. Krok za krokiem, krok za krokiem. Raz na jakiś czas zatrzymuję się, by złapać oddech. Oglądam się za siebie i okazuję się, że inni zostali nieco w tyle. Choć to nie wyścig, mój wewnętrzny zwierz budzi się wiedząc, że to ostatnia prosta, że to właśnie ta chwila. Chwila, po którą tu przyjechałem. Czuję się fantastycznie, nie mam śladu negatywnych skutków wysokości i choć jestem wyczerpany dniem poprzednim i całym tygodniem- wiem, że nie ma możliwości żebym nie dotarł na górę! Czuję się zmotywowany wyzwaniem i jak na ironię, im bardziej jestem zmęczony, tym bardziej się motywuję. Wewnętrzny wojownik dochodzi do głosu, jest w swoim żywiole, to jest jego pole egzystencji… czuję moc! Jest zimno, najbardziej w palce u  nóg i dłoni. Na nogi nic nie poradzę. Mam wprawdzie drugą parę skarpet w plecaku, ale teraz i tak by się nie zagrzały.  Ręce wyciągam w rękawiczkach z palców i zaciskam wewnątrz w pięści, na przemian jedną i drugą. Pomaga, choć tylko na chwilkę.

Szczyt zbliża się bardzo powoli i kiedy myślę, że została jakaś jedna trzecia drogi, wychodzę za „załom” wzgórza i okazuje się, że to co brałem za szczyt wcale szczytem nie jest. Szczyt dopiero teraz ukazał się moim oczom, zdobny w chorągiewki modlitewne, górujący „ząb” z kamieni, odległy ode mnie o co najmniej  drugie tyle, jeśli nie dodatkowe dwie trzecie tego, co już uczłapałem. Już wiem, że będzie trudniej, niż się spodziewałem. Nie mniej nie mam ani ułamka sekundy zawahania. Biorę haust rzadkiego, zimnego powietrza i stawiam kolejny z pozostałych kroków. Obracam się przy okazji małego postoju. Za mną jest Marek, dalej Andrzej i Jarek. Misia i jeszcze jednej osoby nie widzę (później dowiedziałem się, że zawrócili) Przedłużam odpoczynek sięgając po napój przy pasie biodrowym. Jest prawie całkiem zamarznięty, ale daje się jeszcze spić to co płynne. Ogrzewam płyn w ustach, żeby dał się przełknąć i ruszam dalej. Potem znowu cierpliwie i mozolnie: krok za krokiem, krok za krokiem. Mój nowy wierzchołek zbliża się bardzo wolno. Brak oddechu i sił, nie pozwala na postawienie kroku pod górę o długości większej niż 10-15cm. Często mniej. Byle do przodu, choć troszeczkę, nawet kilka centymetrów. Brnę tak powoli, coraz bardziej zmęczony. Czas na żel energetyczny. Zastanawiałem się czy faktycznie będą potrzebna, ale teraz nie mam wątpliwości. Słodki smak tropikalnego żelu wypełnia usta i na chwilę nagradzam się w ten sposób, licząc jednocześnie na „kopa” wywołanego węglowodanami i witaminami. I znowu brak oddechu, a właściwie tlenu, przypomina mi, że na tej wysokości nie można iść pod górę i wykonywać jakiejkolwiek dodatkowej czynności jak np. wysysanie żelu z tubki. Zatrzymuję się więc i biorę kilka głębokich, głośnych wdechów- jak osoba, która właśnie wynurzyła się z wody po długim okresie na bezdechu. Tu tak się zdarza przy wielu czynnościach. Czasem nawet leżąc w nocy, nagle zaczynasz sapać z otwartą gębą, jak ryba w próbie dotlenienia. Masz uczucie jakbyś się nieco dusił lub topił. Kończę żel stojąc, no może trochę tuptając na przód kroczkami po pięć centymetrów. Chowam pustą paczkę do kieszeni na piersi kurtki. Dalej do góry było już tak samo: Lewa, potem prawa, lewa, prawa, potknięcie, lewa, prawa, przerwa na oddech, kilka kroków i znowu przerwa na oddech. Im wyżej, tym częstsze przerwy.

Wschód zaczął się zanim dotarłem na szczyt, ale w ogóle nie ujęło to uroku. Zrobiłem sporo zdjęć, nagrałem trochę filmów, ale targanie statywu było bez sensu! Po pierwsze jest tak zimno, że nie ma szans na wyjmowanie sprzętu, po drugie światła jest na tyle dużo, że nie potrzeba statywu. Robię wszystko z ręki, na czuja – zbyt zmęczony i zmarznięty, by kombinować nad kadrem. Po prostu strzelam. Na trasie nie ma miejsca na kombinowanie- niestety, a może na szczęście.

Wracając do Kala Patthar: Takim powolnym krokiem, mozolnie docieram w końcu na szczyt. Wykończony, zdyszany i zziębnięty- jest przepięknie. Widoki zapierają dech w piersiach, ale najlepsze jest to poczucie, że udało się! Dałem radę! Jestem na 5550m. choć było ciężko- jestem! Dotarłem! Mogę wszystko! Krzyczę z radości pełną piersią i czuję się żywy! Zdjęcia i filmy ze szczytu, a potem chwila dla siebie by „chłonąć”  ten moment, napawać się chwilą. Oczywiście mi mało i nie chce ruszać do zejścia, mimo że odmarza mi tyłek. Mówiąc tyłek mam na myśli głównie stopy. Do szczytu doszedł Marek, zrobiliśmy sobie wzajemnie po zdjęciu i on ruszył w dół, a ja siedziałem jeszcze trochę. Zebrałem się w drogę powrotną tuż przed tym, jak Andrzej i Jarek się doczłapali.  Andrzej poprosił mnie o zdjęcie i myślałem że padnę, bo właśnie zgrabiałymi łapami zdążyłem schować aparat ale zmobilizowałem się i zrobiłem im po fotce.

Potem na dół… poszło w miarę szybko i momentalnie zrobiło się ciepło, bo słońce wyszło zza gór w kilka chwil po tym jak zszedłem za szczytu. Całe podejście i zejście zajęło ok. 3,5 godziny, w tym 2,5 pod górę. A to dopiero początek dnia…

Everest Base Camp Trek-Dzień 9 cz.2

Everest Base Camp Trek-Dzień 9 cz.2

…Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Ogromnie się cieszę, że się udało i tylko zaskakuje mnie jak szybko po tym rozpoczęła się nasza podróż w dół. W drodze po śniadaniu doznałem absolutnego kryzysu, ledwo szedłem, było mi zimno – aż mną telepało. Powłóczyłem nogami, jakby ważyły po sto kilo. Pierwszy raz w życiu udało mi się przysnąć idąc. Szedłem „na ogonie” kogoś od nas, wpatrzony w jego plecak i nagle obudziło mnie to, że opadła mi głowa…

Strzeliłem kolejny Power żel. Na postoju na herbatkę zasypiałem na siedząco i ciężko było ruszyć ponownie. Zaczęła mnie boleć głowa i na następnym postoju musiałem wziąć procha. Dziwne, bo wysoko czułem się świetnie, a niżej teoretycznie powinno być tylko lepiej. Widocznie zmęczenie bardziej daję się we znaki, niż pomaga mniejsza wysokość. Na następnym postoju kryzys mija i jestem w stanie jakoś iść. Bez większej frajdy i raczej na zasadzie „byle dojść” ale jednak. Zjadamy obiad i kiedy powinien nastać czas luzu… uświadamiamy sobie, że zbyt długo nie docierają tu dwie dziewczyny idące za nami. Dochodzi nawet przewodnik, który wraz z Andrzejem zszedł ostatni i okazuje się, że nie mijali dziewczyn od ostatniego postoju, mimo że one wyruszyły wcześniej. Dzielimy się na trzy zespoły, żeby ich szukać. Szczęśliwie szybko, bo po ok. trzydziestu minutach- odnajdują się. Lekko zboczyły z trasy, ale same trafiły z powrotem na szlak i nie było znaczącego zagrożenia.

Rozpakowujemy się i nieco przebieramy. Zasiadamy w sali głównej, część z nas przy kozie, w tym ja w klapkach i skarpetkach z notatnikiem i pisze…. I tak oto minął ten niezwykły i piękny dzień. Szliśmy dziś łącznie 8,5 godziny, pokonaliśmy 400 metrów w górę na Kala Patthar i 1400 schodząc do Pehriche. Plus dodatkowe sto pod górę w czasie schodzenia.

Zaczynam już nieco tęsknić za domem, trochę już czekam momentu kiedy zobaczę się z bliskimi na lotnisku…

Everest Base Camp Trek- Dzień 10

Everest Base Camp Trek- Dzień 10

Namche Bazar 3440 m.n.p.m

Równo tydzień temu byliśmy tu po raz ostatni. To po pierwsze znaczy, że ostatni prysznic brałem tydzień temu. Po drugie, zaskakujące jest jak działa aklimatyzacja i jak niesamowicie ludzkie ciało potrafi się adaptować. Dziś wszyscy czujemy się tu świetnie, bez zadyszki, czy jakiegokolwiek dyskomfortu. Dziś też wydaje się tu być ciepło, nie tylko w sali głównej, ale nawet w pokojach. Mam nadzieję ( jak co noc tutaj) się dziś wyspać. Dotychczas udało mi się raptem kilka razy.

Dzisiejszy dzień jest kolejnym zaliczającym się do tych bardzo długich. Nie spałem prawie wcale- znowu! Noc spędziliśmy w Periche, które jak dla mnie znajduje się w dolinie mrozu i śmierci. Potwornego mrozu. Kiedy nocowaliśmy tam poprzednio, też było lodowato. Dziś w nocy w pokojach było -4, choć zdawało się być zdecydowanie zimniej!  Budziłem się co chwilę, to na toaletę, to po prostu- z zimna! Około czwartej rano było mi tak zimno, że poubierałem się w śpiworze w polar i bieliznę termiczną, włączyłem mp3 i audiobook z „panem lodowego ogrodu”- o ironio! Jakoś udało mi się jeszcze na te 1,5 godziny zasnąć.  Poranek też był cholernie zimny! Nie lubię tej miejscowości! Dolina mrozu i bezsenności, ewentualnie dolina bezsennego mrozu! Cieszę się, że dziś zeszliśmy tak daleko od tego zimnego zadupia. Serio – było tam zimniej, niż wyżej w górach. Nawet tam, skąd startowaliśmy do Base Camp’u i na Kala Patthar było zdecydowanie cieplej.

Any way… dziś, ku mojemu zadowoleniu, zeszliśmy daleko w dół- 1200m. Schodząc, zrobiliśmy 700m podejść.  Szliśmy 8,5 godziny, z godzinną przerwą na lunch. Zjedliśmy w Tengboche- to tam gdzie jest klasztor, w którym poprzednio byliśmy na modlitwie mnichów i spaliśmy. Ehh… spaliśmy oczywiście w miejscowości, nie w klasztorze! Cóż za składnia.

Dziś wyszliśmy ze strefy śniegu i weszliśmy w obszar lasów pachnących iglakiem, które mi od razu kojarzą się z Polskimi Bieszczadami i czasami dziecięcych wakacji. Promienie słońca szybko wypędziły resztki chłodu, który wgryzał się we mnie przez tydzień i zrobiło się przyjemnie. Jest trochę tak, że po dojściu do Base camp’u i na Kala Patthar czuję, że zadanie wykonane, odhaczone i już czekam powrotu do domu, do prysznica, łóżka i domowego ciepła.

Po dzisiejszym dystansie bolą mnie stopy, zwłaszcza lewa – jakby odgniotła się od spodu. Mam nadzieję, że odpocznie do jutra, bo na razie prawie nie jestem w stanie na niej stawać.  Trochę też obtarłem sobie palce i Wicia ratowała mnie na szlaku plastrami. Kondycyjnie szło się świetnie i nawet strome podejścia nie robiły na mnie praktycznie żadnego wrażenia. Dodatkowe czerwone krwinki zdobyte na górze, tutaj działają jak turbo dopalacz.

Jest bardzo wesoło, bo wszyscy w końcu czują się dobrze. Cztery osoby tam wyżej brały leki na chorobę wysokościową i generalnie można powiedzieć, że formy brakło. Teraz  wszyscy odzyskali „oddech”- dosłownie. Jest radośnie, siedzimy w jadalni i czekamy na swoją kolejkę pod prysznicem. Nie mogę się już doczekać tego mycia…

Ale mi się pismo skrzywiło, zmęczony jestem. Tyle na dzisiaj.